Biwak na grani Tatr Zachodnich

Raczej się staram, by tytuł nie był spoilerem. W tym wypadku tak musiało być, ponieważ biwak na grani jest wisienką na torcie, gwoździem programu oraz creme-de-la-creme naszego wypadu.

20151229_141339

Zejście z Bystrej, już na lekko

Właśnie biwak na tej grani był celem naszego trzyosobowego wyjazdu w ostatnich dniach grudnia. Pierwotny plan zakładał przejście od Wołowca aż do Liliowego, z noclegiem na Tomanowej. Stoły za trudne, więc plan zakładał zejście do doliny tam, gdzie Hajzer nie dał rady. Na koniec miało być spokojne zejście z Liliowego do Kuźnic, transport do Chochołowskiej i triumfalny powrót do Warszawy.

20151229_114711

Zachodnie zbocza Starorobociańskiego i widok na Słowację

Wariant optymistyczny okazał się dla nas totalnie niewykonalny. W efekcie, po dwóch dniach nie było dane nam dojść nawet do Tomanowej. Nocleg wypadł nam między Jarząbczym a Kończystym Wierchem, chwilę przed Jarząbczą Przełęczą. Szacowana wysokość – 1960-1970 metrów n.p.m. (powyżej 2 000 zaczyna się strefa śmierci, więc i tak wyjątkowo dobrze znieśliśmy ten rozrzedzony w powietrzu tlen).  Niemniej, główny cel, czyli zimowy biwak na grani Tatr udało nam się zrealizować. Dodatkowo, weszliśmy drugiego dnia na Bystrą, najwyższy szczyt Tatr Zachodnich, czego ja aż do tej pory jeszcze nie zrobiłem.

20151229_135044

Widok z Bystrej na Tatry Wysokie

Sam biwak był nieco bardziej znośny, niż przypuszczaliśmy. Temperatura na zewnątrz wahała się pomiędzy -5 a -10. Czytaj dalej

J. Kamler, „Żywot wspinacza strachliwego”

Życie, wspinanie, strach. Te rzeczowniki zapamięta czytelnik po poznaniu tytułu najnowszej książki Jacka Kamlera. Mimo tego, że można wysnuć z nich pewne przypuszczenia o czym autor zamierza pisać, są one dość ogólne. O czym więc pisze ów autor w swojej autobiografii?

Jacek Kamler to warszawiak urodzony w 1933 roku, a więc kilka lat przed wybuchem wojny. W swoich wspomnieniach opisuje życie w przed- i powojennej Warszawie, między innymi z perspektywy ucznia renomowanego (niegdyś) liceum imienia Tadeusza Reytana. Autor nie rozpisuje się zanadto o swoich przygodach edukacyjnych na Politechnice Warszawskiej ponieważ kieruje swoje rozważania i opowieści w stronę tego, co było jego pasją przez całe życie – gór. W trakcie kilku świetnie napisanych i bardzo poczytnych rozdziałów przytacza część przygód, które go spotkały w Tatrach. Czytaj dalej

A. Stasiuk, „Wschód”

 

wschód

Wśród pisarzy zdarzają się tacy, których dzieła trudno zakwalifikować do konkretnego gatunku literackiego. Trudno stwierdzić, czy dane dzieło jest, przykładowo, reportażem, powieścią czy książką podróżniczą. Może bardziej pasowałoby czasem określenie pamiętnik? Jak jednym słowem określić kartki zapisane zawoalowanymi rozważaniami i obserwacjami podyktowanymi wspomnieniami z dzieciństwa, wzrastaniem w trudnym świecie i w końcu podróżami po tymże świecie? Takiemu dziełu trudno znaleźć miejsce, przypisać jakąś etykietkę. Jednym z nich jest “Wschód” Andrzeja Stasiuka.

Tym, co uderza nieprzyzwyczajonego do Stasiuka czytelnika jest konstrukcja książki. Nie powiem z ilu rozdziałów składa się dzieło, nie wiem. Nie są one numerowane, brak im tytułów. Trudno również stwierdzić, czy opisywane przez autora podróże odbyły się w kolejności chronologicznej. Aby dać choćby mgliste pojęcie o czasie zdarzenia autor, owszem, czasem podaje lata, jednak zawsze słownie, co podkreśla narrację i umniejsza chronologię. Poza tym, o datach słyszymy głównie w dygresjach, w których Stasiuk odnosi się do zdarzeń z jego lub innych życia. Brak tu typowego dla reportażu czy nawet pamiętnika dokładnego zarysowania okoliczności. Podobnie, nie można przejść obojętnie obok konstrukcji zdań. Trudno w ogóle nazwać zdaniami urywane, pojedyncze słowa, niejednokrotnie zakończone retorycznym znakiem zapytania.

Choć ilość obserwacji Stasiuka jest ogromna i większość z nich mogłaby stanowić materiał na obszerny esej, dotknę tylko jednego, który chyba najbardziej do mnie trafił. Ostatnio znalazłem na wykopie nową polską walutę – cbln. Zabawne, prawda. Jednak tego tematu właśnie dotyka autor. Dotyka go na swój sposób – bez argumentów. Jest to raczej smutna refleksja o wyzbywaniu się słowiańskiej tożsamości i upodabnianiu się do bezbarwnej większości; o wyjęciu słomy z butów i umyciu rąk od cebuli. O zneutralizowaniu fetoru rdzennych mieszkańców.

Długo starałem się wyciągnąć z tekstu światopogląd autora, jakoś go zaszufladkować. W końcu zrozumiałem, że to bezcelowe. Jedyne co pozostaje, to dać się wciągnąć w umysł Stasiuka, który w tak niezwykły sposób zaprasza do swojego świata. Świata smutnej, często krytycznej obserwacji, by znów w następnym akapicie zauważyć melancholijne piękno tam, gdzie inni go nie dostrzegają. Bezsprzecznie, we “Wschodzie” uważny i wrażliwy czytelnik je również znajdzie.

Weekend w Morskim Oku potrafi być bardzo zaskakujący. Dawno nie widziałem takiej pomysłowości w górach 🙂

2015-10-03 16.25.52 (1)

Oczywiście wokół zgromadziła się gawiedź w liczbie kilkudziesięciu osób.

A jednak, 20 metrów dalej, przy budynku starego schroniska, odrobina rustykalności i dziczy.

2015-10-03 16.27.08

W ten weekend odbył się w Moku zlot taternicki, na których – za dawnych lat – przyznawano Złote Jaja za „wyczyny” taternickie. Ten daniel (jeleń?) i młoda para zdecydowanie zasługują na jakieś wyróżnienie za fantazję 🙂

Lato bez Tatr jak zima bez nart

Wpadam na chwilę podzielić się kilkoma zdjęciami z dwóch trzydniowych wypadów w Tatry. Już ze trzy lata nie byłem tam w trakcie lata, co, przekonałem się, miało swoje uzasadnienie, a zwłaszcza w sierpniu. W dalszym ciągu jest tam nieco zbyt tłoczno, choć akurat na Orlej, ze względu na pogodę, ludzi było niewiele.

To może niechronologicznie:

Sierpień:

DSCF6279

Kozie Czuby i Zamarła Turnia

Kozie Czuby i Zamarła Turnia

DSCF6339 DSCF6348 DSCF6359

Grań główna z Rysami, Wysoką i Gankiem w tle

Grań główna z Rysami, Wysoką i Gankiem w tle

DSCF6369

Zachód słońca nad Czarnym Gąsienicowym

Zachód słońca nad Czarnym Gąsienicowym

I jeszcze kilka zdjęć z wcześniejszego wyjazdu. Pogoda podobna (może trochę więcej śniegu), za to turystów zdecydowanie mniej – zwłaszcza na Rohaczach, które w trakcie 15-godzinnej wycieczki zrobić nam się udało.

Czerwiec:

Wielka Polana w Dolinie Małej Łąki

Wielka Polana w Dolinie Małej Łąki

Ramię Małołączniaka - zawsze zadziwia

Ramię Małołączniaka – zawsze zadziwia

DSCF5731

Świnica w tle

Świnica w tle

Ramię Ciemniaka

Ramię Ciemniaka

Krzesanica

Krzesanica

Wschód słońca na Grzesiu - Bobrowiec prawie jak Uluru

Wschód słońca na Grzesiu – Bobrowiec prawie jak Uluru

Zbocza Salatina

Zbocza Salatina

Pouczający widok na wschód

Pouczający widok na wschód

DSCF5875

Wschód słońca na Grzesiu

Wschód słońca na Grzesiu

Rohacska Dolina

Rohacska Dolina

A w przygotowaniu, jak uprzednio, Fogarasze – tylko trzeba się zebrać po wakacjach 🙂

Główny Szlak Beskidzki – przewodnik

Wydawcą przewodnika o powyższym tytule jest „Compass”, zaś autorem Agata Hanula. Obecna wersja z 2013 roku to wydanie drugie. Parę słów o nim.

gsb

Po pierwsze, jest to pierwsza taka pozycja na rynku, co jest jego największym atutem. Nie mając przewodnika, musielibyśmy się posiłkować jedynie subiektywnymi relacjami z przejścia szlaku (jak u mnie), które nie zawsze wszystko uchwycą, a nieraz potrafią przekoloryzować jakiś aspekt, który potencjalnego wędrowca nie obchodzi wcale. W odróżnieniu więc od nas, przewodnik ma opisy dość suche i konkretne. Znajdziemy w nim wiele ciekawostek dotyczących mijanych po drodze kościołów, pomników czy cerkwi. Prowadzi to do tego, że idąc szlakiem z przewodnikiem, można się zainteresować historią terenów przez które przechodzimy, choć będzie to tylko zachęta do dalszych własnych poszukiwań.

Jeśli chodzi o stronę praktyczną, wszystko jest pomyślane tutaj bardzo dobrze. Okładki mają skrzydełka, zaś kartki są na kółkach – oba szczegóły zdecydowanie zwiększają wygodę użytkowania. Cały szlak jest podzielony na 28 etapów, co od razu rzuca się w oczy. Łatwo wywnioskować, że autorka nie starała się zasugerować miejsc noclegów, dzięki czemu mamy dowolność ustalania sobie długości etapów. Choć format książeczki to A5, każdy dzień ma swoją mapkę, która rozkłada się do formatu A4. Zyskujemy na tym dużo – mapki, ogólnie czytelne i przejrzyste, są jeszcze dokładniejsze. Wreszcie, każdy etap ma podany dystans, sumę przewyższeń, najwyższy i najniższy punkt oraz orientacyjny czas przejścia w jedną oraz drugą stronę. Wszystkie te aspekty składają się na wniosek, że przewodnik jest w użytkowaniu bardzo praktyczny.

Oczywiście, ma również swoje wady. Po pierwsze, falt, że jest pod patronatem PTTKu sprawia, że bywa on w moim odczuciu mniej obiektywny. Wydaje się, że poza opisem każdego mijanego schroniska PTTKu, powinny znajdować się również sugerowane schroniska prywatne, inne opcje noclegowe. Owszem, na większości mapek jest oznaczenie, gdzie znajduje się jakaś możliwość noclegu, brakuje jednak opisu danego miejsca, które nieraz są znacznie atrakcyjniejsze niż schroniska PTTK. Drugim ważnym mankamentem są pojawiające się w niektórych miejscach błędne czasy przejścia, np. odcinek zajmuje 15 minut zamiast 1.15, co wygląda na ewidentny błąd.

To chyba moje główne zarzuty, choć wkradają się jeszcze dwa drobniejsze aspekty. Po pierwsze, w moim odczuciu brzydka szata graficzna, zarówno okładki jak i reszty zdjęć w środku. Po drugie, wszelkiego rodzaju błędy: stylistyczne, interpunkcyjne i ortograficzne, pojawiające się trochę zbyt często. No, ale to detal, zwłaszcza, że to dopiero drugie wydanie.

Generalnie rzecz biorąc, jeśli ktoś planuje przejść szlak, polecam jak najbardziej. Żywię jedynie nadzieję na poprawę, która zapewne nastąpi, jako że sam szlak zdaje się zyskiwać na popularności.

GSB – pełna galeria

Bywa, że aby osiągnąć oczekiwany efekt końcowy, oczekuje się dłuższy niż zwykle czas, celem przemyślenia, przetrawienia i rozkwitnięcia.

6.10

Z przyjemnością obwieszczam, że nadszedł długo wyczekiwany przeze mnie oraz najwierniejszych fanów moment – uzupełniłem galerię zdjęć z Głównego Szlaku Beskidzkiego, uzyskując w ten sposób ostateczną panoramę zdjęć, które uznałem za warte pokazania.

Jak i uprzednio, można ją znaleźć otwierając menu w prawym górnym rogu i scrollując w dół.

Aby zakończyć temat Głównego Szlaku Beskidzkiego, w ciągu najbliższych dni zamieszczę parę słów o przewodniku wydanym przez Compass. A zaraz po tym – rumuńskie Fogarasze!

Galeria – część pierwsza

Wrzucam kilkanaście zdjęć z pierwszych dwóch dni Głównego Szlaku Beskidzkiego – oglądajcie. Aby je obejrzeć, trzeba otworzyć panel boczny (prawy górny róg), galeria zaś jest na dole strony.

Pozostałe zdjęcia oczywiście w przygotowaniu, podobnie jak recenzja przewodnika wydanego przez Compass.

Noc nad Żabnicą

Noc nad Żabnicą

GSB – dzień 17.

6 maja
Chatka Puchatka – Wołosate
34 km

Każda rzecz ma swój czas, a wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć. Jak w klasycznych symfoniach po pierwszych na przemian radosnych i rzewnych częściach ostatnie akordy są najdonioślejsze, tak i w mojej drodze najmocniejsze i najpiękniejsze przychodzi na koniec.

Po niebywale wczesnej pobudce, bo przed 5, udało mi się wyjść kwadrans przed 6. Widoków wstającego słońca, czyli dumy tego schroniska, niestety nie uświadczyłem, natomiast nie padało, a burze były na dziś prognozowane. Szybko zszedłem do Berehów, przegalopowałem przepiękną Połoninę Caryńską i zawitałem do Ustrzyków Górnych tuż po 9. Po pysznym i niedrogim drugim śniadaniu składającym się z grahamkowych bagietek ruszyłem sam na szlak – ten ostatni i najlepszy.

Około południa byłem na Tarnicy, która wprawdzie nie jest częścią Głównego Szlaku Beskidzkiego – trzeba na nią wejść szlakiem żółtym w ok. 15 minut od przełęczy – ale dla mnie, jako najwyższy szczyt Bieszczad, stanowiła symboliczne zwieńczenie mojej Górskiej Symfonii Badumcss. Tu, w przejrzystości krajobrazu, spojrzałem daleko hen na zachód i ujrzałem Ustroń i początek szlaku. Nieco bliżej jaśniała w słońcu Babia Góra, a jeszcze przed nią Turbacz. Przed nimi lśniła wieża na Radziejowej, zamykając zielony pejzaż Beskidu Niskiego. Nasyciwszy się tym rozciągniętym w czasie widokiem, wróciłem do swojej teraźniejszej rzeczywistości i ruszyłem dalej.

Dalsza część szlaku, przez Przełęcz Goprowców, Halicz i Rozsypaniec tez obfituje w widoki. Podczas podchodzenia na Halicz właśnie wpadłem w pułapkę czasoprzestrzenną spowodowaną przestawieniem się telefonu na godzinę pozńiej nią było faktycznie. Dopiero po parudziesieciu minutach inni turyści rozwiali moje wątpliwości.

Dalej jest Przełęcz Bukowska, z której chciałoby się pędzić dalej granią na wschód, w Gorgany i na Czarnohorę, a więc jak szlak kiedyś biegł. Zamiast tego następuje dwugodzinne zejście do Wołosatego po żwirowej a potem asfaltowej drodze. To jakiś fenomen. Ono chyba jest tam po to, żeby osoba kończąca GSB nie cieszyła sie zbytnio. A może chodzi tu o ostateczne zahartowanie? Tak czy inaczej – odcinek koszmarny, zwłaszcza gdy się ma prawie 30 km w nogach. Chyba dlatego ciagle stosunkowo niewiele osób wybiera się na GSB.

I tak upłynął wieczór i poranek, dzień 17. W dobrych zawodach wziąłem udział, bieg ukończyłem. Już jestem w trakcie triumfalnego powrotu telepiącym pksem do Sanoka. Akurat rozszalała się wyczekiwana burza. Na wideo jest trochę mowa o tym co kiedyś, ale do tego jeszcze długa droga i nie na karty tej opowieści jest pisana – ta wszakże tu się kończy.

Galerię tych lepszych zdjęć będę oczywiście sukcesywnie zamieszczał i powiększał.

Widok z Tarnicy

Widok z Tarnicy

image

GSB – dzień 16.

5 maja
Bacówka pod Honem – Chatka Puchatka
30 km

Piszę tę notkę w blasku świec izby jadalnej w Chatce Puchatka, w której jest bardzo ograniczony dostęp do prądu, wody zaś nie ma wcale. Towarzystwem jest dziś czwórka Czechów, Francuz z Londynu i, jakżeby inaczej, moi śląscy towarzysze, którzy doszli znów bardzo późno.

Przejscie przez pasmo Jasła, z Fereczatą po drodze i styknięciem się z granicą Ukrainy jest ładne. Pogoda dziś była mocno zmienna – rano było bardzo ciepło, potem na szczytach jasielskich mgła i deszcz, by po południu znów sie rozjaśniło. Po zejściu do Smereka zjadłem „kotlecisko” schabowe z kapustą i ziemniakami w mundurkach, i rzeczywiście był to kawał kotleta.

Połonina wetlińska jak zawsze przepiękna. Widoki ze Smereka (szczytu) miałem dobre – było dość przejrzyście a kolorytu dodały chmury na niebie. Jak zawsze, jest tu wietrznie. Może nie wiało 100 km/h ale przy porządniejszym podmuchu potrafi zatelepać. Po spotkaniu kilkorga wędrowców na przełęczy Orłowicza, do samego schroniska szedłem sam. Przy okazji nadciągnęły deszczowo-burzowe chmury. Uwielbiam tę nieokiełznaną siłę żywiołu której można w górach doświadczyć. Nie wiem skąd się to powiedzenie wzięło, ale podpisuję się – w górach jest wszystko co kocham.

To wszystko miało cel, i otom jest u celu. Po aperitifie, jakim był dzisiejszy odcinek z ok. 1700 m podejść, jutro czeka mnie danie główne, w dodatku wieńczące cały dotychczasowy trud, znój i piękno wędrówki. Świeca już dogasa, więc niech i dzień mój przygaśnie, a wstanie na wschód słońca – jutro wyjście ok. 6.

Panorama ze Smereka

Panorama ze Smereka

image